Czorsztyńska reaktywacja

Ostatni wpis na naszym blogu ukazał się 12 sierpnia…. 2018 roku – to już dokładnie 4 lata odkąd nic tu nie pisaliśmy! Wiele się od tamtej pory zmieniło, przybyło kółek w naszej rowerowej rodzinie (już sześć – dwa rowery plus przyczepka!), wycieczki stały się co prawda trochę krótsze, ale na pewno weselsze, ale co z perspektywy bloga najważniejsze – definitywnie skończyły się wolne wieczory na pisanie (do czasu! 🙂 ). To że dawno się tu nic nie działo, bynajmniej nie oznacza, iż zaprzestaliśmy naszej pasji przemierzania Polski na rowerach – co to, to nie! Wygląda po prostu na to, że potrzeba było wycieczki tak pięknej, że nie sposób jej tu nie opisać… 🙂

Odkąd zaczęliśmy podróżować we troje, poruszając się prócz naszych bicykli również z rowerową przyczepką, dużo baczniej zaczęliśmy dobierać szlaki naszych małych i dużych wypraw. Dobra nawierzchnia i odizolowanie od ruchu samochodowego, które do tej pory docenialiśmy jako miłe dodatki, stały się dla nas warunkiem koniecznym dla dobrego rowerowego wypoczynku. W ostatnim czasie w Polsce powstało wiele pięknych szlaków prowadzonych w ten sposób wśród skarbów rodzimej przyrody, krajobrazu i zabytków, więc zachęceni sukcesami mniejszych, lokalnych „wypraw”, w ramach naszych podhalańskich wakacji, postanowiliśmy porwać się na absolutny hit – Velo Czorsztyn – rowerową pętlę wokół jeziora Czorsztyńskiego. W skrócie – było pięknie – a w detalu, nieco więcej poniżej. 😉

Naszą dzisiejszą wycieczkę zaczęliśmy podobnie jak wielu innych miłośników rowerowej turystyki na jednym z parkingów w Dębnie Podhalańskim, które już samo w sobie mogłoby być celem odrębnej wycieczki, bowiem znajduje się tu przepiękny drewniany kościółek pw. św. Michała Archanioła (tak nawiasem mówiąc – świetny patron! 😉 ) wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z zabytkiem, który już kiedyś zwiedzaliśmy przy innej okazji, oczywiście ładnie się rowerowo przywitaliśmy, ale jak miały pokazać również kolejne przykłady tego dnia, tym razem zdecydowanie przedłożyliśmy radość z jazdy i podziwianie widoków nad penetrowanie historycznych budowli. Czym prędzej ruszyliśmy więc na koronę jeziora Czorsztyńskiego, niespełna 25-letniego sztucznego zbiornika, który prócz oczywistych funkcji gospodarczych, posiada ogromne walory krajobrazowe i rekreacyjne, dodatkowo jeszcze rozbudowane poprzez otwarcie dookólnej ścieżki dedykowanej rowerzystom. I tu… pierwszy zgrzyt. :/ Nie ujechaliśmy nawet kilometra równiutką nitką asfaltu, a tu budowa mostu, ruch wahadłowy, maszyny budowlane pracują w pocie czoła (Jerzyk zachwycony!), a dla rowerzystów… figa! Żadnej informacji, strzałki, tabliczki – radź sobie sam, turysto! No to ruszyliśmy dzielnie, przewodząc małej grupie zdezorientowanych tak jak my kolaży i między samochodami przekroczyliśmy w mało przyjemny sposób Dunajec. Na szczęście, jak się za chwilę okazało, był to incydent, bo oto wjechaliśmy do rowerowej rajskiej krainy szczęśliwości…

…bez samochodów, po gładkim asfalciku, na płasko, bez większych podjazdów, z widoczkiem na jezioro (żaglówki!), góry… nic tylko jechać i pilnować, żeby muchy do otwartej z zachwytu buzi nie wlatywały. 😉 Północny odcinek pętli wokół j. Czorsztyńskiego to po prostu rowerowa bajka! Prowadzi nad samym brzegiem jeziora, co chwilę kluczy w jego małych zatoczkach i dolinkach spływających doń potoków. I tak w pięknym słoneczku, przy 22 stopniach C, z lekkim wiaterkiem (pogoda zrobiła dziś połowę roboty jeśli chodzi o dobre wrażenia – to na pewno!) nagle, zza jednego z zakrętów rowerzystom wyłania się zamek (Niedzica), a potem drugi (Czorsztyn). Gęby szorują już niemal po ziemi z wrażenia, a to nadal dopiero początek. Bo po dotarciu do stóp zamku królewskiego w Czorsztynie okazuje się, że czeka nas jeszcze jedna przygoda w postaci przeprawy stateczkiem na drugi brzeg (nie wierzcie GPS-owi, nie jechaliśmy rowerami po wodzie! 😉 ) na południowy odcinek trasy, o zupełnie odmiennej charakterystyce (o czym zaraz). Tu warto jednak z kronikarskiego obowiązku dodać, że to, co było jedną z motywacji do dzielnej jazdy w przyczepce dla naszego najmłodszego turysty („Jerzyku, popłyniemy statkiem, już niedługo!”), finalnie zostało przez niego… przespane. Dobra drzemka jest jednak jak obiad na szlaku – nieodzowna. Nikomu niczego zatem nie żałując (ni obiadu, ni drzemki), po zasłużonej przerwie w połowie trasy, spod zamku Dunajec w Niedzicy, ruszyliśmy w dalszą drogę.

Z rozpoznania trasy, jeszcze przed wyjazdem wiedzieliśmy, że wspólny odcinek Velo Czorsztyn i Velo Dunajec to nie będą przelewki, a do tego jeszcze na parkingu, tuż przed samym startem, sympatyczna pani uprzedziła nas, że „łooo tam to jest taaaka góra”. Miała oczywiście rację. 😉 Po sielskiej przejażdżce nad jeziorem pozostało miłe wspomnienie, nadszedł zaś moment na odrobinę rowerowej (wspinaczej?) pracy. Tuż przed Falsztynem niewinnie wyglądająca tabliczka wskazała „7%” (spójrzcie na nasz profil wysokościowy!) i już wiedzieliśmy że to tutaj… zresztą bez tabliczki też byśmy wiedzieli. „Stromo” – popatrzeliśmy po sobie, i ruszyliśmy w górę. Na szczęście ścieżka w tym miejscu była szersza, nadal równiutka, a na przystankach na złapanie oddechu co rusz zapierały go widoki jeziora, które zostawialiśmy co raz bardziej w dole. Niby to samo miejsce, ale dwie perspektywy – jakże różnorodna wycieczka! Mimo wysiłku humory nas bynajmniej nie opuszczały, a szerokie uśmiechy zjeżdżających były tylko zapowiedzią tego, co czeka nas po drugiej stronie wierzchołka. Aż w końcu i dla nas przyszedł czas na nagrodę i zgodnie z naszym powiedzeniem „górka oddała, to co zabrała z nawiązką”. Zjazd był szybki i niezwykle malowniczy choć w takich okolicznościach więcej uwagi należało poświęcić samej technice jazdy, żeby nie zaliczyć spektakularnej „gleby” (niektórym prawdopodobnie się nie udawało, bo skąd inąd pomysł na wielkie banery z napisem „Uwaga, wypadki!”?).

Ostatnim etapem pętli dookoła jeziora Czorsztyńskiego był już tylko przejazd po koronie zbiornika (wiało jak nad morzem!) i powrót do miejsca startu. Całość… jedynie 30 km! Ale za to jakich! Wiele z naszych wspaniałych dotychczasowych wycieczek, na znacznie dłuższych dystansach, nie mogło się pochwalić taką skalą wrażeń. Zmęczeni, sprażeni na słoneczku, ale szczęśliwi i rowerowo spełnieni, odjeżdżając, na pożegnanie zgodnie stwierdziliśmy – „jeszcze tu wrócimy!”. 🙂

Total distance: 33.18 km
Total time: 06:10:49