Po takim tytule chyba nikt nie ma wątpliwości, że dotarliśmy właśnie do Torunia i że zatrzymamy się tu na dłużej – nie tylko ze względu na korzenne słodkości! To było jednak dopiero ukoronowanie dnia, na które wcześniej ciężko pracowaliśmy w pocie i znoju na rowerowym szlaku, dziś sponsorowanym przez kolor zielony.
Słoneczko już od samego ranka wysyłało nam sygnał pt. „Dziś przede mną nie uciekniecie, robaczki!”. Inowrocław skąpany w jego promieniach wyglądał naprawdę ślicznie. Wsiedliśmy więc ochoczo na rowery i ruszyliśmy na rynek jakieś 5 (słownie: pięć) metrów od naszego noclegu przywitać się ze świętą Jadwigą królową, patronką miasta. Potem, widząc co się dzisiaj święci jeśli chodzi o pogodę, bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy w dalszą drogę, tak żeby jeszcze „odhaczyć” zabytkowe kościoły i dopełnić turystycznego obowiązku do końca.
Z Inowrocławiem pożegnaliśmy się, wyjeżdżając zielonym szlakiem rowerowym na wschód. Dziś głównym celem turystycznym miał być zdecydowanie Toruń, ale po drodze czekały nas także mniejsze ciekawostki krajoznawcze. Pierwszą z nich napotkaliśmy we wsi Parchanie. Pamiętacie wczorajszą ławeczkę z generałem Sikorskim w Parku Solankowym? Otóż nie spadł tam z nieba, tylko był częstym gościem przyjeżdżającym właśnie z Parchani, gdzie kupił niewielki dworek i gdzie starał się spędzać z rodziną okres wiosenno-letni każdego roku. Stamtąd też we wrześniu 1939 roku, nie otrzymawszy przydziału mobilizacyjnego, udał się na emigrację. Wtedy właśnie powierzono mu urząd premiera rządu RP na uchodźstwie. Do Parchani generał już nigdy nie wrócił, ale pamięć o nim tu pozostała.
Mimo porannego straszenia słońce pozostawało jednak częściej za chmurami. Pomni tego, że może się to bardzo szybko zmienić nie zamieżaliśmy trwonić okazji do jazdy w nieco mniejszym ukropie i po krótkim postoju ruszyliśmy dalej za zielonymi znakami. Kolejnym większym przystankiem było dla nas Gniewkowo, gdzie napotkaliśmy pomnik interesującej postaci – Władysława Białego. Dość napisać, że ten ostatni przedstawiciel Piastów kujawskich, najpierw sprzedał swoje księstwo Kazimierzowi Wielkiemu, potem podróżował od Malborka, przez Pragę, Awinion aż do Jerozolimy, a złożywszy w tak zwanym międzyczasie śluby zakonne, po śmierci Kazimierza zbrojnie próbował odzyskać rodowe ziemie. Polak potrafi! A gniewkowianie postanowili to uczcić pomnikiem! 😉
Za Gniewkowem do samego Torunia wiódł nas już w zasadzie wąski asfaltowy pas ukryty w lesie. Po drodze natknęliśmy się jeszcze na miejsce pamięci narodowej, świadczące o zbrodniach niemieckich (nazistowskich/hitlerowskich też można pisać, ale to nie były żadne ufoludki tylko Niemcy) popełnionych na ludności cywilnej okolic Inowrocławia zaraz po zakończeniu kampanii wrześniowej i w późniejszych latach okupacji. Zatrzymaliśmy się na chwilę modlitwy i wróciliśmy do pedałowania już bez większych przerw, aż do Torunia.
Miasto piernika i Kopernika (lub odwrotnie, jak kto woli) powitało nas zarówno niesamowitym wręcz ukropem, jak i przepięknym widokiem na Starówkę z mostu Piłsudskiego. Z naszych krtani wyrwał się suchy (było strasznie gorąco!), ale szczery okrzyk zachwytu. Zjechaliśmy na bulwary nadwiślańskie i tempem paradnym przez Bramę Mostową wkroczyliśmy do średniowiecznego miasta królewskiego – Torunia. W samym jego sercu powitał nas Mikołaj Kopernik, pilnujący z wysokiego cokołu co by Ziemia się ruszała, a Słoneczko nie (dziś naprawdę by się mogło ruszyć, najlepiej za jakąś dużą chmurę). Zrobiliśmy pamiątkowę fotkę i… zaczęliśmy piernikowe łowy!
Pierniki były oczywiście częścią poważnej i profesjonalnej regeneracji sportowej po dzisiejszym wysiłku. Jako że Toruń to już nie przelewki, zwłaszcza dla poważnych turystów, do których chcemy się zaliczać, jutro zostajemy dokładnie zwiedzić każdy zakamarek. A przy tym damy nieco odpocząć naszym biednym tyłkom i czytelnikom naszego bloga. 😉
Do przeczytania w czwartek, przy sprzyjających wiatrach już z Bydgoszczy!
Total time: 05:47:00









