Zdążyć przed burzą…

…oto jest zadanie! Tak jednym zdaniem moglibyśmy opisać założenia naszej dzisiejszej trasy. Jak to niejednokrotnie na rajdach rowerowych bywa, pogoda dyktuje swoje warunki i trzeba się po prostu do nich dostosować. Prognozy zapowiadały popołudniu burze, dlatego ułożyliśmy plan tak, by ich uniknąć.

Dzisiejszego ranka zebraliśmy się do sakw naprawdę sprawnie. To już chyba kwestia rajdowej wprawy! Pożegnaliśmy gościnny Przemyśl i obraliśmy kurs ponownie wzdłuż Sanu, tym razem w dół jego biegu. Pogoda nie zapowiadała póki co problemów z burzami (gęsta pokrywa chmur odcięła nas od żaru słońca), ale z deszczem już tak. Raz po raz to siąpiło, to padało, to znów na chwilę przestawało. I tak w koło, aż do południa kiedy skończyliśmy już w zasadzie jazdę. Było parno…

Dziś przewodnikiem znów miały być dla nas znaki Green Velo i okazał się to dobry wybór. Rowerowa trasa wiodła przez wsie i pola powiatu przemyskiego, ciesząc oko malowniczymi krajobrazami oraz wyłaniającym się na horyzoncie zarysem Płaskowyżu Tarnogrodzkiego. Po drodze było dziś kilka atrakcji, które niewątpliwie dokładniej byśmy zwiedzili, gdybyśmy tylko mieli więcej czasu (patrz akapit pierwszy i założenia dnia dzisiejszego!). Ominęliśmy zatem niestety arboretum w Bolestraszycach oraz forty twierdzy przemyskiej – XII Werner i XIII San Rideau (z tym fortem związana jest ciekawa legenda o jeńcach rosyjskich z I wojny światowej – warto poszukać!). Będzie powód, żeby w te strony jeszcze wrócić. 😉

Nieco dalej szlak wiódł z lewej na prawą stronę Sanu. Zastanawialiśmy się od rana, jak to możliwe, skoro w miejscu, gdzie miał przekroczyć rzekę na mapie, nie jest wyrysowany żaden most… Prom? Nie! Po dotarciu na miejsce nasze twarze rozjaśnił szeroki uśmiech, bo to specjalnie dla nas rowerzystów, na trasie Green Velo, za unijne pieniądze (czyli również nasze!), został wybudowany most wiszący dla rowerów! Pogrubienie jest tu celowe, bo niewątpliwie była to jedna z atrakcji dnia! 😉

Infrastruktura drogowo-rowerowa na szczęście musiała wkrótce ustąpić palmy pierwszeństwa… obiektowi z listy UNESCO! Zaraz po przekroczeniu autostrady A4 wjechaliśmy do wsi Chotyniec i od razu skierowaliśmy nasze jednoślady do Cerkwi Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy. Zbudowana bez gwoździ, o bardzo oryginalnej bryle, greckokatolicka cerkiew parafialna, datowana na 1615 rok przetrwała do dziś jako jedna z nielicznych w obecnych granicach Polski. Ku naszej uciesze udało nam się zwiedzić również wnętrze tego małego arcydzieła drewnianej architektury – nie zawsze jest to takie oczywiste! W środku prócz bogatego ikonostansu (a jakżeby w cerkwi inaczej) naszą uwagę zwróciło również bardzo ciekawe i sugestywne malowidło ścienne, przedstawiające scenę Sądu Ostatecznego – prawdziwa katecheza bez cenzury!

Z Chotyńca pozostało nam już tylko około 10 kilometrów na dzisiejszy nocleg we wsi Korczowa, znanej jako przejście graniczne z Ukrainą. Dojechaliśmy na miejsce chwilę po 13-tej, nie przekroczywszy nawet 50 przejechanych kilometrów na liczniku, a i tak byliśmy dość zmęczeni. Trudy rajdu zaczynają się już nieco kumulować. 🙂 A burza? W chwili gdy piszemy te słowa, za oknem szlaje w najlepsze… Rano podjęliśmy dobre decyzje… 😉

Jutro, jeśli pogoda łaskawie pozwoli, będziemy kontynuować wzdłuż granicy państwa na północ. Może jakieś uzdrowisko odwiedzimy, bo jeszcze w tym roku na trasie nam nic takiego nie wpadło? 😉

 

 

Total distance: 48.1 km
Total time: 05:19:02