Są wiadukty!

W pocie czoła na Suwalszczyznę!

Gorąco! Uff, jak gorąco! Mimo, że nie był to pewnie najgorętszy dzień lata, słońce dało nam dziś w kość. Pokonanie trasy nieznacznie krótszej niż wczoraj zajęło nam więcej czasu nieprzypadkowo. Profil wysokościowy nie kłamie – jechaliśmy głownie pod górę, na dodatek często po piaszczystych, polnych drogach. Ale widoki… ach… one wynagradzają wszystkie trudy!

Dzień rozpoczęliśmy naprawdę wypoczęci. A przynajmniej takie mieliśmy wrażenie. Zaraz po tym, gdy dosiedliśmy 'rumaków’, odezwały się chyba wszystkie nasze mięśnie pracujące wczoraj. Po paru pierwszych kilometrach to uczucie znika, więc ochoczo ruszyliśmy na trasę, żeby się właściwie rozgrzać. Gołdap opuściliśmy tempem defiladowym, poruszając się promenadą zdrojową (tu warto nadmienić, że Gołdap to jedyne uzdrowisko w warmińsko-mazurskim!). Nowiutki dom zdrojowy i tężnie nie przyciągnęły z rana tłumów – choć do Ciechocinka czy innych znanych polskich zdrojów trochę brakuje (głównie atmosfery, czyt. kuracjuszy), to jest potencjał.

Wyruszyliśmy na wschód, jadąc Green Velo, najpierw wyasfaltowaną ścieżką rowerową wzdłuż drogi wojewódzkiej (super!), a potem bocznymi asfaltowymi (nadal super!) i polnymi drogami (super, ale piasek potrafi zniechęcić do jazdy…). Naszym pierwszym celem turystycznym tego dnia były zabytkowe wiadukty kolejowe w Stańczykach zwane także 'suwalskimi akweduktami’ (mogą budzić takie skojarzenia, ale nie mają nic wspólnego z duktem wodnym). Wznoszące się na ponad 30 metrów majestatyczne budowle planowaliśmy ujrzeć około południa, ale nasze plany tym razem nijak miały się do rzeczywistości. Upał, piasek oraz jazda pod górę spowodowały, że jechaliśmy naprawdę ślamazarnym tempem i tą przedpołudniową stratę odczuliśmy dotkliwie wieczorem, kończąc jazdę ok. godz. 20-tej(!). Mimo wszystko konsekwentnie pokonywaliśmy kolejne kilometry, zaliczyliśmy w końcu obowiązkową fotkę w Stańczykach i pojechaliśmy dalej na wschód.

Wkrótce zostawiliśmy Green Velo zmierzające na północ do Wiżajn (szkoda, ale chcąc zobaczyć wiele, nie da się zobaczyć wszystkiego) i skierowaliśmy się na Jezioro Hańcza. Tej turystycznej atrakcji przedstawiać raczej nie trzeba, ale żeby formalności stało się za dość, jest to najgłębsze jezioro w Polsce (108,5 metra głębokości!). Kolejny obiekt z polskiej listy 'naj’ – odhaczony!

W tak zwanym międzyczasie wjechaliśmy już na teren Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Wspaniałe krajobrazy tutejszych okolic zostały wykorzystane m. in. w ekranizacji Pana Tadeusza do zilustrowania Litwy (punkt widokowy 'U Pana Tadeusza’ – dla turysty obowiązkowo!). Piękna polodowcowa rzeźba terenu (górki i jeziorka!), a przy tym minimum cywilizacji, której najliczniejszymi przedstawicielami były pasące się niemal wszędzie krowy, sprawiały wrażenie pobytu na innej planecie – z dala od hałasu centrum wielkiego miasta. Kojące doświadczenie dla duszy…

To, co popycha rower do przodu, to jednak nadal tylko nasze słabe, ludzkie ciało, więc prócz pokarmu dla duszy, potrzebowaliśmy 'paliwa’ dla naszych mięśni. „Ładuj Pan kartacze!”- niechybnie zakrzyknąłby kapitan pirackiego statku gdyby nie to, że byliśmy na Suwalszczyźnie. W Smolnikach udało nam się zjeść po słusznej porcji tego regionalnego przysmaku, który można porównać do pyz lub klusek z mięsem (to pewnie ciężka obraza, więc nie mówimy tego głośno). Chcieliśmy je sfotografować, ale zdążyły zniknąć nim sobie o tym przypomnieliśmy. 😉 Tak odżywieni, mimo wszystko, resztką sił zdołaliśmy pokonać ostatnich kilka kilometrów przed noclegiem w Gulbieniszkach u stóp Cisowej Góry.

Na koniec tekst dnia – „Moje tętno mogłoby teraz służyć za niezłego beat’a…” (Sylwia na kolejnym z serii podjazdów). 😉

Jutro kierunek Suwałki i Jezioro Wigry. 🙂

 

 

Total distance: 61.83 km
Total time: 11:31:27