Dzisiejsza trasa dostarczyła nam wielu różnorodnych wrażeń, ale miała jeden wspólny mianownik – dzień rozpoczęliśmy w parku (krajobrazowym) i zakończyliśmy też w parku (tym razem narodowym). Po drodze pokręciliśmy się także po stolicy regionu, więc nie zabrakło zwiedzania miasta. Wszystkiego po trochu, a co ważne i niezwykle przyjemne, głównie z górki!
Nasze wczorajsze męki zakończyliśmy u stóp Suwalskiej Fudżijamy (tak bywa nazywana Góra Cisowa ze względu na swój kształt), więc siłą rzeczy dzisiejszy start zapowiadał się dobrze – gdzie by nie pojechać, będzie w dół! Obraliśmy kurs na południe i bez zbędnych ceregieli pojechaliśmy główną szosą w stronę Suwałk. Pogoda dla wczasowiczów pewnie kiepska, nam okazała w końcu trochę łaski – słońce pozostało dziś przez większość dnia za chmurami (aczkolwiek i tak było dość parno i duszno). W tak sielskiej atmosferze zjazdu z górki, bez przypiekającego słoneczka w twarz, z uśmiechem od ucha do ucha żegnaliśmy Suwalski Park Krajobrazowy – będziemy dobrze wspominać te malownicze okolice!
Do Suwałk dotarliśmy bardzo sprawnie i od razu skierowaliśmy się do centrum. Chcieliśmy pokręcić się po mieście bez większego planu i stresu, bo nasz kolejny cel był już w zasadzie w zasięgu ręki. Najpierw trafiliśmy na plac Marszałka Józefa Piłsudskiego i do Parku Konstytucji 3 Maja. Mimo iż nie tworzyły typowego rynku, bardzo zadbane, ładnie wyznaczały zarys „serca miasta” z ratuszem, konkatedrą i kościołem NSJ (który był oryginalnie wybudowany jako cerkiew). W zasadzie zamiast „serca miasta” można by użyć określenia „płuco miasta” – wtedy drugim płucem (turystycznym na pewno!) byłby plac Marii Konopnickiej na który przejechaliśmy ulicą Chłodną (wszak to Polski biegun zimna). Po zaliczeniu obowiązkowej fotki z pomnikiem znanej pisarki odkryliśmy że Suwałki są kolejnym miastem w Polsce, w którym można szukać krasnoludków. 😉 Jest ich trochę mniej, ale za to są oryginalne, polskie, pochodzące z twórczości urodzonej tutaj pani Marii. Sylwia zdecydowanie poleca swoim chrześniakom. 😉
Po obiedzie (znów kartacze i jeszcze kiszka ziemniaczana, mniam!) wyruszyliśmy dalej – a jakże by inaczej – na wschód. Dzięki twardej nawierzchni tego odcinka Green Velo i niespotykanej sile mięśni (cały rok „pakowania” w biurze) naszym oczom ukazał się napis: Wigierski Park Narodowy. Pierwszy PN na trasie i miejmy nadzieję nie ostatni! A za tym napisem znów piękny las i jeszcze piękniejsze Jezioro Wigry. A żeby użyć pełnej skali stopniowania, najpiękniejszy w całym tym otoczeniu okazał się Pokamedulski Zespół Klasztorny w Wigrach położony na cyplu pośrodku jeziora. Dość wspomnieć, ze mieliśmy naprawdę dużo czasu na eksplorację i zwiedzanie tego niezwykłego miejsca, gdyż obraliśmy je za bazę noclegową. Jak mówi sama nazwa dziś nie ma tu kamedułów ani innych zakonników. W czasie wojny według relacji mieszkańców ciężka artyleria radziecka strzelała do pustego klasztoru twierdząc, że „teraz to nawet Bóg się stąd wyniesie”. Bóg się nie wyniósł, wróciły nawet Msze Święte do odrestaurowanego kościoła, a cały kompleks jest teraz otwarty na turystów jak nigdy przedtem. Jednym z najważniejszych w ostatnich latach był z pewnością Jan Paweł II, który odwiedzał te okolice jeszcze jako Karol Wojtyła – fakt ten jest oczywiście tutaj mocno eksponowany poprzez „szlaki papieskie” i tym podobne atrakcje. Na szczęście nikt nie próbuje sprzedawać kremówek. 😉
Kolejny dzień naszej wyprawy zakończyliśmy w sielskiej klasztornej atmosferze, całkiem dobrej formie, odbudowani nieco przed dalszymi wyzwaniami. Jutro będziemy zwiedzać prawdopodobnie najdłuższy zabytek techniki w Polsce (a przynajmniej jego odcinek) jadąc przez puszczę (znowu) do uzdrowiska (znowu!)… Niech to się nie kończy. 🙂
Total time: 06:42:32
















